czwartek, 21 września 2017

Dom na wsi - spełniamy nasze marzenia.











Gdy słyszymy dom, domek to wyobrażamy sobie chatkę z białym płotkiem, werandą tudzież tarasem i wielkim ogrodem. W tle malowniczy widok lasu, jeziora bądź gór. Najlepiej wolnostojący z dala od ludzi. 

W naszym przypadku jest wręcz przeciwnie, jednak nic nie jest tak zupełnie oczywiste. Może zacznę od początku...

Ja praktycznie całe życie mieszkałam na wsi. Pomyślicie „o super”. Niezupełnie. Mieszkałam w bloku, na jednej klatce moja rodzina + 8 innych. W bloku są 2 klatki więc łącznie 18 rodzin. Jednak nie przeszkadzała mi ilość sąsiadów. Mieszkałam na II piętrze. Wiecie jak to w blokach: wspólna klatka, wspólne podwórko, cienkie ściany, przez które wszystko słychać. Ci mieszkający na górze mają problem z przeciekającym dachem, natomiast Ci na dole zawsze najbardziej słyszeli krzyczące dzieci pod oknami. 

Krystian z kolei pół życia mieszkał w mieście i zawsze powtarzał, że jego dom będzie na wsi. Gdzie latem będzie mógł rozpalić grilla i posiedzieć przy piwku. Gdzie po pracy będzie mógł spędzać czas z dziećmi na podwórku. Z dala od zgiełku miasta, od hałasu. Myśląc o przyszłości, widzieliśmy nas na wsi. Tego byliśmy pewni.


Decyzja o kupnie tego właśnie domu była spontaniczna. Zaczęło się od tego, że zadzwoniła do nas moja mama z informacją, że w mojej rodzinnej miejscowości jest wystawiony na sprzedaż dom, a raczej pół domu czy jak kto woli dom w zabudowie bliźniaczej. Zanim podjęliśmy decyzje i wszystko dokładnie przemyśleliśmy, okazało się, że ten akurat dom jest sprzedany. Skoro jednak postanowiliśmy osiedlić się na wsi, to w okolicy zaczęliśmy szukać innej nieruchomości. Z pomocą przyszła ciocia Krystiana, która powiedziała nam o ogłoszeniu, na które ostatecznie się zdecydowaliśmy. Krystian poleciał do Polski go obejrzeć i zacząć załatwiać wszystkie formalności. Myślę, że dodatkowym atutem był i jest fakt, że jest to miejscowość, gdzie mieszkają jego dziadkowie i gdzie spędził część swojego dzieciństwa. Dodatkowo jego rodzice pochodzą z tej miejscowości i tam się wychowali. Ja nie protestowałam, od moich rodziców dzieli nas zaledwie kilka minut drogi. Byliśmy zadowoleni z wyboru.



Krystian z pomocą cioci zabrał się za załatwianie formalności. Nie spodziewaliśmy się, że wtedy jeszcze właściciele mają taki bałagan w dokumentach. Sprostowanie wszystkiego ciągnęło się tygodniami. W końcu wszystko się udało i zakup doszedł do skutku. 


Nie wszyscy dzielili z nami radość.

Przykro mi to przyznać, ale spotkaliśmy się z negatywnym odbiorem naszego szczęścia. Usłyszeliśmy sporo krytyki:

* przecież na wsi nie da się mieszkać,

* daleko od miasta,

*kupujecie dom na totalnym zadupiu,

* z pracą ciężko,

* w piecu trzeba palić,

* remont trzeba zrobić,

* to nie dom, tylko rudera.

I wiele, wiele innych...


Znaleźli się też tacy co to ani nie krytykowali, ani nie pochwalili naszej decyzji, tylko siedzieli ciacho. 


Sama jestem zadowolona z wyboru. Mamy dom, a raczej pół domu, bo jest w zabudowie bliźniaczej. Mamy podwórko, własne odgrodzone, niedzielone z sąsiadem. Dorobiliśmy się miejsca, do którego możemy wrócić z emigracji. Owszem trzeba zrobić remont. I to całkiem spory, ale zrobimy „po swojemu” tak, jak będziemy chcieli. W mieście nie czulibyśmy się dobrze.
Z okna w salonie i w sypialni mamy widok na mały staw, Zosia będzie miała swój pokój. Do morza mamy blisko, w pobliżu lasy...


Gdy latem robiliśmy centralne ogrzewanie, usiadłam z kubkiem kawy przed domem, wkoło panowała cisza i było słychać tylko ćwierkanie ptaszków, Zosia drzemała na podwórku. Krystian się wtedy do mnie przysiadł, przytulił i powiedział, że tu będziemy szczęśliwi. I ja w to wierze. ;)



PS. Już sobie wyobrażam, jak cudownie będzie usiąść wieczorkiem w ogródku, z lampką wina bądź kubkiem gorącej herbaty i tworzyć wpisy dla Was i dla nas płynące prosto z serca.

Całuje Agata.


Bądź na bieżąco:)